Archive for Author Jolmosia

Szybkie i pieprzne wiśnie

W planie miałam ogórki. Kiszone. Standardowe. Upychane do słoików jak co roku przez Moniczkę – ogrodniczkę, zalewane i zakręcane moimi własnymi rękami. Potrzebowałam dobrych ogórków, takich swojskich, nie pędzonych, naturalnych. Mama moja „załatwiła” na wsi – jak co rok. Pojechałam więc je odebrać.
„A mam jeszcze 2 kg wiśni. Takich dobrych. Nie chcesz może? Bo ja już zrobiłam dżemy i jak nie weźmiesz to się zmarnują”.
W sumie po co mi wiśnie… nigdy nie robiłam wiśniowych przetworów. Jolka jest od wiśni przecież… Dobra – biorę!
Na szczęście ogórki szybko znalazły się w słoikach.
„Jadłam kiedyś takie mega wiśnie z cukrem i zielonym pieprzem. Cały słoiczek zjadłam za jednym razem łyżeczką” – oznajmiła Monia pałaszując drugi kawałek tarty, którą zrobiłam w poprzednim dniu.

No i mamy wiśnie z zielonym i czerwonym pieprzem! Słodko – ostre, wyraziste, idealne do serów czy kanapek albo po prostu jako słodka przekąska.

2 kg wiśni bez pestek zasypałam ksylitolem. Dałam jakieś pół kg ksylitolu i wyszły naprawdę słodkie. Gotowałam kilka godzin, aż zgęstniały. Zielone i czerwone ziarna pieprzu zgniotłam łyżeczką i tak mniej więcej 2 płaskie łyżeczki dodałam już do gęstej masy, która gotowała się w garnku. Można dodać też trochę soku z limonki jak ktoś lubi.

Przekładałam jeszcze ciepłe do słoików do samej krawędzi. Zakręciłam i postawiłam na zakrętkach. Po jakimś czasie zakrętki zrobiły się wklęsłe co oznacza, że słoiki zamknęły się prawidłowo.


Pozostałą w garnku masę, wyjadam jeszcze ciepłą, wyskrobując resztki zarówno łyżką jak i palcami 🙂

Zrozumiałam teraz Monię dlaczego za jednym posiedzeniem zjadła cały słoiczek 🙂

Placuszki ryżowe z borówkami

Pyszne i szybkie śniadanie. Bez glutenu, bez laktozy, bez mięska – za to z sezonowymi pysznymi borówkami i kokosowym mlekiem. Borówki w roli głównej jako wartościowi dostarczyciele licznych witamin i minerałów oraz antyoksydantów. Niskokaloryczni strażnicy dobrego trawienia, pomagają walczyć z pasożytami. Są także stosowne w profilaktyce nowotworowej, bo dzięki zawartym w sobie kwasom przeciwdziałają rozwojowi nowotworów. Czyli wiadomo – WARTO! » Czytaj więcej

RELAX just do it :-)

Stres najczęściej bywa rozumiany jako reakcja na trudne sytuacje, zbyt duże przeciążenie, zbyt silne bodźce. Stres nie jest przyjemny i pożądany, chociaż w małej dawce może być dla nas mobilizujący. Gorzej, gdy stres trwa długo i jest bardzo silny. Wtedy trzeba działać. Relax! Just do it 🙂 » Czytaj więcej

A w tym roku na Święta – jabłecznik Babci

Uwielbiam szarlotki, jabłeczniki, strucle jabłkowe, jabłka w cieście, jabłka zapiekane i smażone placuszki z jabłkami. Jak mam ochotę na coś słodkiego to często wybieram szarlotkę. Czasami piekę w domu taką z kruszonką i budyniem. Całkiem niezła jest 🙂

Ostatnio jednak podczas rozmowy o smakach dzieciństwa wróciłam myślami do jabłecznika mojej Babci… takiego prawdziwego, bez budyniu, lodów waniliowych, kruszonek i innych wykwintnych dodatków… takiego zwykłego z dziurami od widelca na kruchym wierzchu. I zapragnęłam właśnie taki zrobić na Święta!

Przypomniałam sobie wtedy, że jak byłam małą dziewczynką to w kuchni Babci był taki zeszyt z przepisami. Taki brązowy brulion, w którym Babcia miała swoją skarbnicę kulinarnej wiedzy. Gdzieś musi być ten zeszyt!

Mama popatrzyła na mnie ze zdziwieniem, że ja pamiętam takie rzeczy sprzed ponad 30 lat  🙂 Sama nie do końca pamiętała, że taki zeszyt istniał. Ale nie poddałam się. Zapytałam więc Babcię o przepis i oczywiście o zeszyt. Nasze kochane Babcie po kilku upieczonych egzemplarzach takie jabłeczniki robiły jednak przecież „na oko”… więc i instrukcja Babci była w stylu: no mieszasz mąkę z jajkami… Ale Babciu ile tej mąki? No tak na oko, żeby ciasto wyszło… no tak…. Ale ja nie mam ani takiego oka ani ręki do pieczenia jak Babcia. Więc potrzebny ten zeszyt!

No nie ma, nigdzie nie ma…no bo skąd, po tylu latach… trop zaginął. Aż tu po kilku dniach wiadomość od Mamy: zeszyt, a w zasadzie kartki, które z niego zostały ma ciocia. Przepisała przepis, przesyłam w załączeniu.

Bingo!

I tak oto z wypiekami na twarzy przystąpiłam do dzieła.

Lista składników mnie poraziła. Biała mąka, cukier, margaryna…ale czego się nie robi dla odtworzenia smaku z dzieciństwa 🙂

Przepis prosty i szybki.

I już po chwili w piekarniku ląduje jabłecznik z dziurami od widelca! Zapach cynamonu w całej kuchni! Niecała godzinka i jest!

Jest północ. I jak myślicie? Co teraz robię? Jem swoją świąteczną, jeszcze gorącą porcję jabłecznika Babci. Może i nie zdrowy, ale smakuje prawie jak w dzieciństwie!

Cudownych wrażeń, dziecięcych smaków i wesołych chwil w czasie Świąt Wielkanocnych życzy

Jolmosia

P.S. wszystkie jajka na zdjęciu barwione naturalnie /kurkuma, cebula, kawa, czerwona kapusta/

No i przepis oczywiście:

½ kg mąki

1 kostka margaryny

1 szklanka cukru

3 jajka

½ paczki proszku do pieczenia

Cukier wanilinowy

2-3 łyżki śmietany

1,5 kg kwaśnych jabłek /szara reneta/

cynamon

Z podanych składników zrobić ciasto i podzielić na dwie części. Jedną część rozwałkować i położyć na blaszkę. Na ciasto zetrzeć jabłka na grubej tarce i posypać cynamonem. Przykryć drugą cześcią ciasta.

ZROBIĆ DZIURKI WIDELCEM – to już mój dopisek 🙂

Piec około godziny w temperaturze 180 stopni

Biegiem

 

Pierwszy raz ta myśl zrodziła się w mojej głowie kiedy czytałam o sukcesach biegowych Jurka Scotta – wegańskiego ultramaratończyka. Bardzo lubię czytać o sportowcach – zawodowcach, którzy przekraczają granice możliwości swoich organizmów, nie do pomyślenia dla „leniwców kanapowych” 🙂 Scott biegał głównie w Stanach, tam gdzie osiągnął swoje największe sukcesy, ale na debiut biegowy w Hiszpanii wybrał ciężki, ale ciekawy bieg – Trans Gran Canaria w malowniczych, kamienistych górach Gran Canarii. I niestety tego biegu nie ukończył… Wtedy pomyślałam sobie, że to nie dla zwykłych ludzi takie bieganie … w górach skalistych, upale i jeszcze w całkiem innym niż nasz polski, klimacie…

Ale na początku 2017 roku, kiedy wracałam z urlopu, zobaczyłam w samolocie kilka osób ubranych w piękne koszulki z biegu Trans Gran Canaria. Sportowcy amatorzy wracali zmęczeni, z osmaganymi twarzami, z bolącymi nogami, ale z uśmiechami na twarzach i zadowoleni z siebie po ukończonym biegu. I te koszulki z biegu z logo Trans Gran Canaria tak dumnie przez nich eksponowane na piersiach podczas drogi powrotnej do kraju…stały się one dla mnie symbolem, wyznacznikiem, ogromną zachętą … pomyślałam wtedy, że ja też bym tak chciała… w sumie to nawet może bym tak mogła… może bym nawet dała radę. Ale żeby przez koszulkę ?  🙂 żeby koszulka była zachętą do biegu? 🙂

Rok później siedziałam w samolocie tanich linii lotniczych, w torbie miałam buty biegowe do trailu, kamizelkę z bidonami i wykupiony pakiet startowy na bieg… jeden z najkrótszych dystansów, ale zawsze coś 🙂 Nie trenowałam prawie wcale, w tym naszym kraju   ”styczniowego i lutowego lodu” nie mogłam się zmusić. A jeszcze myśl o tym, że bieg odbędzie się w temperaturze o jakieś 25 stopni wyższej niż aktualnie u nas w kraju sprawiała, że nie miałam żadnej motywacji, żeby w deszczu lub mrozie „cisnąć” przed startem.

Na miejscu miałam trochę czasu, żeby odpocząć i zregenerować się po dwóch miesiącach ciężkiego okresu w pracy. Wykorzystałam więc ten czas odpowiednio czekając na dzień startu. Obserwowałam pogodę – start w górach, meta w centrum miasta. Różnica temperatur mogła sięgać nawet kilkunastu stopni. To też napawało mnie pewnymi obawami. Dzień przed startem kupiłam za grosze w miejscowym markecie okropną, syntetyczną bluzę i ciepłe getry. Stwierdziłam, że ubiorę to na siebie przed startem, potem zdejmę i zostawię te rzeczy, żeby później przez cały bieg nie taszczyć ich jak wielbłąd. Start był w górach o 8:00 rano, zbiórka o 6:00 z Maspalomas – stąd autokary miały zabrać biegaczy na punkt startu. Świetna organizacja, wszystko zgodnie z planem i już o 7:00 rano, w całkowitym jeszcze mroku, w moim ubraniu w stylu „fashion from russian”, przemieszczałam się wzdłuż linii startu obserwując zawodników szykujących się do biegu. Fantastyczna atmosfera, uśmiechnięte, gotowe do wysiłku buzie, wschód słońca w pięknych górach skalistych lekko zasnutych jeszcze poranną mgłą unoszącą się nad malowniczym miasteczkiem. Nawet nie było mi zimno. Adrenalina, jakaś moja wewnętrzna radość, chciałam już biec…

Punkt 8:00 start. Od razu pod górkę  🙂 Faworyci i Ci bardziej ambitni, którzy mają „ciśnienie” na wynik pognali do przodu. Pozostali, w tym ja, niespiesznie, noga za nogą, bardzo spokojnie zaczęli przemieszczać się za nimi. Wystartowałam jako jedna z ostatnich, ale taki miałam cel, powoli do przodu, wygrać sama ze sobą. Po niemalże 1 km zdjęłam kurtkę… ciepło… dalej pod górę… ale cudownie, widoki świetne, nie czułam wysiłku. Trasa jednak po burzy, błoto, trochę kałuży, śliskie kanciaste kamienie, które usuwają się spod nóg. Miałam wyjątkowo dużo siły, na zbiegach mimo niebezpiecznie trudnej i śliskiej trasy cisnęłam w dół po kamieniach jak prawdziwa kozica 🙂 Śmiałam się w duchu, że kilka tras w polskich jesienno – deszczowych górach dało mi przewagę nad Hiszpankami, bo nie czułam lęku przy zbiegach na mokrej, śliskiej i zabłoconej nawierzchni. Oczywiście czołówka stawki daleko przede mną, ale po jakiś mniej więcej 10 km ulokowałam się w środku stawki i taką pozycję starałam się utrzymać. Biegłam swoim tempem. Nogi bolały coraz bardziej, stopy wręcz paliły od ciągłego uderzania w kanciaste kamienie, ale w głowie miałam tylko głos mojej młodszej Sister: Ciśnij stara, ciśnij – dasz radę! 🙂

Nie stanęłam ani na chwilę. Szłam pod górę, biegłam po prostym, a jak pojawiał się zbieg to próbowałam być kozicą  🙂 Jadłam i piłam w marszu, zrzucając jednocześnie kolejne części garderoby – w miarę jak robiło się coraz cieplej. W uszach słuchawki i jakaś mega playlista mojej córki, która dodawała mi energii. Końcówka ciężka, upał, gorąco, dla kobiety z „krainy lodu”, z której właśnie donoszono, iż minus 12 stopni aktualnie… Ostatnie kilometry to „walka” w korycie wyschniętej rzeki, na ciepłych, wystających, kanciastych kamieniach. Ponad 20 stopni w cieniu… ale w którym cieniu? Nie ma cienia! Czyli ile w słońcu? Niech ktoś na chwilę zgasi to słońce … chociaż na chwilę! Jeszcze jakieś 4 km – wiem, że jak zobaczę Kolumnę Krzysztofa Kolumba to już zaraz będzie zakręt i meta. Gdzie ten Kolumb? Gdzie ten Kolumb? Jest! Meta na horyzoncie, cudownie… zaraz będzie koniec!

Przekroczenie linii mety dla osoby, która podjęła wyzwanie walki ze sobą na jakimkolwiek dystansie jest najpiękniejszym zwieńczeniem podjętego wysiłku. Jest nagrodą samą w sobie dlatego, że można wyjść poza strefę swojego komfortu i dla siebie samej zawalczyć o tą niesamowitą chwilę. Trochę dumy, trochę zmęczenia, trochę takiego funu z tego, że się dało radę, że się spróbowało… takie poczucie, że tak wiele możemy, jeżeli mamy w sobie chęć, że chcemy próbować i w końcu poczucie, że w sumie to tak wiele nie kosztuje, że mogłam lepiej, bardziej, szybciej…

Ale jest miłe spełnienie i to jest ważne. I jeszcze to, że zwykła „biurwa” co tyle godzin na tyłku przed komputerem spędza też może jak ta kozica po górach hasać, nawet w tych trudnych, hiszpańskich górach. I ukończyć bieg lokując się ostatecznie w środku stawki bez katorżniczego treningu, ogromnych wyrzeczeń i tzw. spiny – nawet jeśli to tylko dla pozostałych uczestników wyścigu bieg na krótkim dystansie 🙂

Siedzę w samolocie w drodze powrotnej. Obok w rzędzie – Magda Łączak – nasza fantastyczna rodaczka, która jako pierwsza Polka w historii biegu wygrała wyścig Trans Gran Canaria na 125 km. Urocza, delikatna i skromna. Opowiada, dzieli się wrażeniami z biegu, odpowiada na pytania pomimo ogromnego przecież zmęczenia… a ja myślę sobie, że to bieganie w górach jest naprawdę niezwykłe, gdzie na jednej trasie spotykają się biegacze zawodowcy i zwykli amatorzy biegania tacy jak ja 🙂

Mięśnie nóg jeszcze mnie bolą, nie zdążyłam się jeszcze zregenerować, a już w mojej głowie pojawia się kolejna myśl: a może za rok też pobiegnę? A może na dłuższym dystansie?

W każdym razie wymarzoną koszulkę z biegu już mam 🙂

Żyjcie z pasją, bo to sprawia, że skrzydła nam rosną!

Jolmosia

 

„KOŃSKA” pasja

 1 2 3 4

21:30 – bliżej nieokreślony dzień, może być każdy… wieje, leje – zimno i źle. Stoję pod stajnią i czekam. Odmeldowałam córce, że już jestem, ale to oczywiście niewiele dla niej znaczy. Poczekam jak zawsze, bo przecież cały dzień w stajni nie wystarczy, trzeba jeszcze trochę tam pobyć, odsiedzieć swoje, dopilnować nie wiem czego, uściskać przyjaciółki i zajrzeć w oczy czworonożnemu stworzeniu na pożegnanie. Chyba do końca nie pojmuję… co skłania nastolatki, żeby z takim zapałem spędzały wiele godzin w stajni. Co one tam robią przez tyle godzin? Przez 5 albo 6 dni w tygodniu?

Sama byłam kiedyś nastolatką, chociaż coraz trudniej mi sobie przypomnieć co wtedy myślałam. Ale pamiętam jak z ogromną pasją grałam w siatkówkę. Odbijałam wszędzie, zawsze i prawie wszystkim co w swoim kształcie przypominało piłkę. Ale konie, stajnia, różne – czasami skrajne warunki pogodowe, brudne boksy… czego tam szukają młodzi ludzie, co odnajdują, co sprawia, że spędzają długie godziny wśród tych pięknych, płochliwych istot?

Miałam ostatnio okazję spędzić sporo czasu z moją córką i jej koleżankami, które również jeżdżą konno. Zaczęłam więc dopytywać o to co nimi kieruje i skąd się ta pasja wzięła, bo bardzo chciałam poznać ich świat. Niełatwo rozmawia się z nastolatkami. Spoko, nie, tak, nie wiem, nuda, fajnie – to najczęściej padające odpowiedzi  🙂 Ale powoli, powoli zaczęły coś opowiadać… przy okazji zobaczyłam tyle fajnych fotek z końskiego świata z ich udziałem, że aż byłam w szoku, że tak udało nam się głęboko wejść w temat. Słuchałam tych trzech młodych kobiet i sama nie mogłam uwierzyć ile w nich zapału i młodzieńczej afirmacji – oczywiście w końskim temacie…

5 6

Są zakręcone, zaaferowanie, zafascynowane i kiedy zadaję kolejne pytania chętnie mówią o swoich odczuciach. W międzyczasie ekscytują się wspomnieniami, co chwilę któraś z nich rzuca: a pamiętasz na rajdzie…, a pamiętasz jak jechałyśmy…, a pamiętasz ten trening…!!!

Dowiedziałam się, że jazda konna to radość, wolność i spełnienie, ale też odpowiedzialność i ciężka praca.

Ale od początku… skąd się wzięła pasja? Zuzu mówi, że film animowany „Merida waleczna” był dla niej bodźcem. Chciała jeździć konno jak główna, rudowłosa bohaterka. Karla chciała to co Zuzu 🙂 , a Katina, która jako mała dziewczynka uwielbiała się bawić kucykami, zobaczyła kiedyś napis: stajnia – jazda  konna i stwierdziła, że chce spróbować.

Same chciały, same wybrały, nikt im niczego nie narzucał, nie proponował, nie namawiał, nie mówił, że to będzie dla nich dobre. Ale wiem też, że nikt ich nie zniechęcał, nie mówił, że to niebezpieczny sport, nie „napychał” głów przykładami strasznych wypadków z udziałem koni, o sytuacjach skrajnie nacechowanych negatywnymi konsekwencjami. Nikt nie straszył, nie budował w nich poczucia lęku, nie przedstawiał katastroficznych wizji. Tylko wspierał… Ten Ktoś /różny to był Ktoś u każdej z nich 🙂 / pomagał w logistyce i obserwował jak się sytuacja rozwija. A rozwinęła się, nawet bardziej niż mogliśmy się tego spodziewać.

I tak sobie rozmawiałyśmy… Miałam przed sobą trzy nastolatki, które większość swojego wolnego czasu spędzają w stajni. To wielka frajda, ale też ogromne wyrzeczenie.

– Koleżanki nasze, które nie jeżdżą – one tego nie rozumieją – nie rozumieją, że my jedziemy do tej stajni nie tylko dla przyjemności. Jak opiekujesz się koniem to jesteś za niego odpowiedzialna. Musisz o niego zadbać, wylonżować, wyczyścić, czasami nakarmić. Nie tylko jeździć. Musisz z nim trenować, pracować nad poprawą umiejętności swoich i jego. Nie masz wtedy czasu dla przyjaciół, którzy nie jeżdżą. Nie wychodzisz po szkole na lody czy poszlajać się gdzieś w okolicy….

– W stajni jesteśmy „kimś”, mamy swoją paczkę, rozumiemy się, mówimy tym samym językiem, łapiemy szybko, co myśli ta druga… W stajni znalazłyśmy swoje przyjaciółki, stworzyłyśmy team, spędzamy ze sobą dużo czasu, wspieramy się i pomagamy sobie.

– Ale przecież nie zawsze jest tak kolorowo, bo wiesz, czasami masz tego konia dość. Z koniem trzeba długo pracować, żeby osiągnąć jakieś efekty, a wydaje Ci się, że nie dasz już rady. Ale i tak go kochasz i nie zamieniłabyś na żadnego innego. Mamy swój mały, inny świat, nie taki do końca rzeczywisty, ale my go ogarniamy…

– Jezu ciocia… tego się nie da tak opowiedzieć…. To trzeba przeżyć!! 🙂 jak mam w szkole przerąbane, albo coś mi nie wychodzi to jadę do stajni, wsiadam na konia i zapominam o wszystkim, nie myślę wtedy, na chwilę wyłączam się z życia…

– No pewnie, że jest ciężko czasami. Jak jesteś na rajdzie i leje od rana, zimno, nie chcesz stopy wysunąć nawet poza pokój, ale wsiadasz na tego konia. Jedziemy. Gubimy trasę. Jesteśmy całe mokre, wszystko jest mokre. Głodne. Z jednej strony to okropne, a z drugiej przecież nie ma odwrotu. I co na drugi dzień? Myślisz, że nie chcesz, ale znowu wsiadasz i znowu jedziesz – cała mokra 🙂 Bo mimo tego, że wiesz, że będzie trudno to i tak chcesz jechać

– Uczymy się wytrwałości, determinacji, cierpliwości i odwagi. Potem nam się to chyba przyda w życiu

7 8

A jak nie jazda konna to co?

– Próbowałyśmy w życiu różnych rzeczy: pływanie, balet, sprawność, harcerstwo, gitara, pianino, ale to się szybko znudziło. Nie było z tego funu. A jazda konna jest inna. Nigdy nie ma tego samego, nie da się do końca przewidzieć jak się koń zachowa.

A jak nie konie to co?

Chyba nic… może montowanie filmów, ale to co innego. 

9 10

No i cudne to przecież  🙂 Urocze i energetyczne! Patrzę na to z podziwem i uznaniem dla wytrwałości i odpowiedzialności. I chociaż niejeden raz mówiłam sobie, że nigdy więcej, że ostatni raz, że już nie będę /a zdarza mi się być szoferem Karli 5 razy w tygodniu na trasie szkoła – stajnia – dom, niejednokrotnie „obracając” więcej niż raz, bo „różne okoliczności przyrody” sprawiają, że zapomina się zabrać niezbędne rzeczy/ wciąż kursuję na tej trasie  🙂 Przyglądam się sukcesom i porażkom. Pędzę przez pół miasta, w korkach, bo weterynarz dla konia natychmiast, tu i teraz. Kupuję kolejne czapraki, bryczesy, jakieś sznurki do lonżowania, wodze, wędzidła i inne rzeczy, których nazw nie zapamiętałam i nawet nie wiem do czego te rzeczy służą. A i tak wiem, że jak zapytam co by chciała dostać na Gwiazdkę to usłyszę coś w stylu: nowe owijki, siodło albo czaprak dla Oliwii. Zamawiam jakieś przyczepy na wyjazdy na obozy razem z koniem, w bagażniku mam 20 kg soli w „klocku” do lizania dla koni, a w niedzielę zamiast obijać się rano w fotelu popijając aromatyczną kawę… jestem w drodze do stajni.11

I dobrze.. Kocham je za to, że takie właśnie są 🙂

A co one tam robią??? Teraz już to wiem…

Zobaczcie sami  🙂 Zuzu zgodziła się, żebym wstawiła na stronę jej filmiki

Dziękuję Wam dziewczyny za przemiłą rozmowę i zgodę na udostępnienie wszystkich materiałów na stronie Jolmosi

DWA OSIEMNAŚCIE…

321

Jest 31.12.2018 rok. Tak właśnie! Przenosimy się ciut w czasie. Tak po prostu, żeby było inaczej. Zamiast kolejny raz robić listę noworocznych postanowień, których i tak nie dotrzymamy, popatrzmy trochę od końca na ten rok…

Mamy więc grudzień 2018. Gdzie jestem i co robię? Z kim jestem? Oglądam się wstecz i co myślę, co czuję? Co się wydarzyło? Co doprowadziło do tego, że jestem właśnie tutaj? Co mną kierowało? Jakie małe kroki wykonałam, żeby być właśnie tutaj? Co było potrzebne, co przeszkadzało, co pomagało? Jeżeli to miła, radosna wizja grudnia 2018 to fantastycznie – wiesz co robić, żeby tak właśnie było. Jeżeli nie – masz jeszcze szansę coś zmienić, postąpić tak, żeby odmienić jeszcze los. Przed Tobą cały rok!

Bo w naszym życiu liczą się pytania, które zadajemy sobie, żeby znaleźć swoją drogę np. do miejsca, w którym będę w grudniu 2018. A NAJWIĘKSZY WPŁYW NA NASZE ŻYCIE MAJĄ PYTANIA, KTÓRYCH BOIMY SIĘ SOBIE ZADAĆ ALBO TE, NA KTÓRE ODMAWIAMY ODPOWIEDZI…

Samych zatem „wygodnych’ pytań w nadchodzącym roku życzy

Jolmosia

 

Zdrowych, radosnych Świąt Bożego Narodzenia życzy Jolmosia

123

Ile już Świąt za Wami? Ile ubranych choinek, upieczonych pierniczków, ulepionych uszek, pierogów, usmażonych karpi? Ile wspomnień i chwil miłych, ile w sercu ukrytych radości, spełnionych marzeń, ukrytych pragnień i wielkich nadziei?

Przed nami kolejne Święta Bożego Narodzenia. Czas zadumy i refleksji, czas rodziny i miłości, przebaczenia i wiary…. Tak mówią 🙂

Dla mnie to przede wszystkim czas spokoju, odpoczynku, czas na rozmowę, ale też czas bycia razem – tak po prostu, bez napinki, bez pośpiechu, bez konkretu. To także czas myślenia o innych i niesienia pomocy. Czas pachnący piernikami i grzybami z uszek mamy. Czas wartości. Tak – dla mnie to czas na przegląd naszych przekonań i wartości, które sprawiają, że postępujemy w życiu tak a nie inaczej. Czas na weryfikację tego co jest w nas zakorzenione, co nami kieruje. I lubię patrzeć jak te wartości ewoluują. Jak z roku na rok zmieniam przekonania, które mi nie służą, zmieniam swoje myślenie. Jak buduję w sobie nowe, potrzebne mi wartości.

To fantastyczne spojrzeć wstecz i zobaczyć jak wiele trudu i rozwoju za nami, spojrzeć w przyszłość z nadzieją, że mamy mnóstwo możliwości kształtowania siebie i swojego życia, że to przecież my decydujemy, my kierujemy swoim życiem!

Tym razem również zrobiłam przegląd nie tylko wartości, ale też świątecznych wspomnień z ostatnich kilku lat, ułożyłam je w sekwencje, dodałam magię świątecznego czasu, muzykę… Zuzu złączyła to w jedno i oto co powstało. Moje małe wspomnienia… są tam ukryte moje wartości… piękne i niepowtarzalne dla mnie… właśnie dlatego, że moje 🙂

 

 

Wszystkim „zaglądaczom” na naszą jolmosiową stronę życzymy czarujących Świąt, w otoczeniu wartości i przekonań, które są dla Was dobre, które pozwalają Wam się rozwijać i z nadzieją oraz pozytywnym nastawieniem patrzeć w przyszłość 🙂

 

Szybkie porady na infekcyjne napady

Fotka nr 1

Chociaż w okresie jesienno – zimowym nasza jolmosiowa aktywność byla stosunkowo niewielka nie oznacza to, że próżnowałyśmy 🙂 Przez cały ten okres testowałyśmy różne naturalne sposoby walki z infekcjami, przeziębieniami, grypami, bólami i różnymi niedomaganiami. Poniżej kilka naszych sprawdzonych sposobów. Szybko, naturalnie, zdrowo i naprawdę działa!!! Wiosna już zawitała, ale gdyby jeszcze coś Wam się przyplątało to będzie jak znalazł… 🙂

BÓL GARDŁA

MIKSTURA NA BAZIE OCTU JABŁKOWEGO

2 łyżki miodu, 2 łyżki octu jabłkowego, 2 łyżki soku z cytryny, szczypta cynamonu.

Wszystkie składniki mieszamy i dolewamy pół szklanki ciepłej wody. Miksturę pijemy małymi łyczkami. Można ją pić bez ograniczeń 🙂

PŁUKANIE GARDŁA ROZTWOREM Z JODU

8-10 kropel na 1/4 szklanki wody – płukać kilka razy dziennie

BÓL GŁOWY, ten migrenowy też 🙂 

SÓL HIMALAJSKA

Większą szczyptę soli himalajskiej dajemy na język i trzymamy chwilkę, następnie popijamy dużą ilością wody. W ciągu dnia, jeśli głowa dalej nas „ćmi” pijemy wodę z dodatkiem szczypty soli.

INFEKCJA, OSŁABIENIE

WODA UTLENIONA

Kiedy tylko czujemy, że „coś nas bierze” wkrapiamy kilka kropel wody utlenionej do każdego ucha. Można też namoczyć wodą utlenioną wacik i na pół godziny włożyć do każdego ucha. Będzie to lepsza metoda w przypadku, jeśli mamy przerwaną błonę bębenkową. Większość infekcji rozpoczyna się właśnie w uchu i tam dochodzi do namnożenia się bakterii, dlatego bardzo ważne jest, żeby to zrobić zaraz po rozpoznaniu pierwszych symptomów infekcji.

KATAR

SÓL FIZJOLOGICZNA

Kilka kropli soli fizjologicznej mieszamy z ok 25 ml wody i tak przygotowany roztwór wstrzykujemy do nosa.

SODA OCZYSZCZONA

Do przegotowanej, gorącej wody wsypujemy łyżkę sody oczyszczonej i mieszamy. Następnie robimy sobie „parówkę”, czyli wdychamy ulatniającą się parę. Najlepszy efekt osiągniemy przykrywając głowę ręcznikiem.

MIKSTURA NA WZMOCNIENIE, PRZEZIĘBIENIE i STANY ZAPALNE

Fotka 2Fotka 3Fotka 4

 

Ma działanie przeciwbólowe, przeciwzapalne, oczyszcza organizm z toksyn, przyspiesza metabolizm, dodaje energii i wigoru.

Składniki: 3 łyżeczki kurkumy, 1 łyżeczka zmielonych goździków, 2 łyżeczki zmielonego kardamonu, 2 łyżeczki cynamonu, 1-2 łyżeczki zmielonego lub kawałek świeżego imbiru, 1,5 litra wody przefiltrowanej, miód do smaku jeżeli ktoś lubi.

Wszystkie składniki /oprócz miodu/ wsypujemy do garnka, zalewamy wodą i gotujemy na małym ogniu ok 10 min. Przed wypiciem przelewamy przez sitko, ewentualnie dosładzamy miodem. Taka ilość wystarczy na 2 dni kuracji.

Fotka 5Fotka 6Fotka 7

Oczywiście wszystkie przepisy można stosować przez cały rok, w zależności od potrzeby 🙂

Przepisy 1

 

Jolmosia – reaktywacja

Trochę czasu minęło…. Trochę nas nie było…
Stęskniłyśmy się jednak i wracamy z pełną parą, żeby wyprzedzić nadchodzącą wiosnę. Mamy kilka pomysłów na artykuły, kilka sprawdzonych nowości, przepisów czy „jolmosiowych porad”. Chciałybyśmy jednak, żebyście razem z nami decydowali o tym co warto opisać, przedstawić, zasugerować czy zbadać. Przesyłajcie zatem Wasze propozycje na adres Jolmosi. Komentujcie artykuły i dajcie „lubię to” na FB, a my postaramy się wyjść naprzeciw Waszym oczekiwaniom i sprostać wymaganiom tak wyrafinowanych czytelników 🙂
IMG_0687

Strona 1 z 41234